|
Ostatnie wpisy
Reklama
|
czwartek, 08 lutego 2007
piątek, 02 czerwca 2006
Powstrzymajcie wandali!
Zwracamy się niniejszym przesłaniem do intelektualistów całego świata. My, białoruscy historycy, pracownicy kultury, studenci prosimy wesprzeć nas w celu powstrzymania zniszczenia historycznego centrum Grodna dla uratowania jego miejskiej spuścizny. Jesteście jedną z ostatnich naszych nadziei w celu powstrzymania dewastacji zabytków miasta.
Grodno, obecnie centrum obwodowe zachodniej Białorusi, w przeszłości było jednym z najważniejszych miast Rzeczypospolitej. W końcu XVI w. oraz w przeciągu XVIII w. miasto pełniło funkcję jednej ze stolic kraju. Tu się odbywały obrady sejmowe. Polski król i wielki książę litewski Stefan Batory upodobał Grodno na swoją królewską rezydencję. Oznakę dawnych czasów stanowią liczne zabytki rangi światowej. Do nich na przykład należy dwunastowieczna cerkiew na Kołoży, zgłoszona do wpisania na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Liczne zabytki miasta uległy zniszczeniu w czasie administrowania władzy radzieckiej. W celu budowy placu Lenina w latach 60.-70. XX wieku zburzono kwartał historycznego centrum miasta; wysadzono późnogotycka farę, której teren miał w przyszłości stać się częścią integralną innego placu o nazwie Placu Sowieckiego. W chwili obecnej władze Grodna za zgodą rządu dążą do zniszczenia zabytkowych pozostałości starówki miasta. Rekonstrukcja tej części miasta Grodna, rozpoczęta wiosną 2006 roku, jest przeprowadzana bez odpowiedniego archeologicznego nadzorowania. Archeologom zezwala się jedynie na powierzchowne wykopaliska, które niestety obejmują ograniczony obszar strefy ochronnej historycznego centrum. Badacze, którzy nie mają wglądu z autopsji w przebieg prac budowlanych, mogą jedynie hipotetycznie określić kształt pierwotnej zabudowy historycznej oraz rozmiary zniszczeń kultury materialnej. Wyburzane są fundamenty kamienic, odkrytych w trakcie prac budowlanych, a które stosunkowo łatwo mogłyby być zrekonstruowane. Uszkodzono cześć fundamentów rynkowego pałacu Radziwiłłów i ratusza miejskiego; pierwotne kształty dawnego Rynku uległy zniekształceniu. Oprócz tego niektóre zabytkowe budynki miasta są odnawiane bez uwzględnienia odpowiednich technologii, stając się w te sposób tanimi i niedokładnymi podróbkami. Próbowaliśmy znaleźć porozumienie z kompetentnymi osobami we władzach szczeblu miejskiego, jednak wystosowany kolektywny list został przez nie zignorowany. Wobec tego, że wszystkie stosowane przez nas środki zawiodły, traktujemy to przesłanie jako rozpaczliwą próbę ratunku słynnej historycznej starówki Grodna. Obecny białoruski rząd ignoruje międzynarodową opinię publiczną w kwestiach politycznych. Jednocześnie współpracuje z międzynarodowymi organizacjami na płaszczyźnie kulturowej, próbując zachować ?twarz?, kiedy poruszana jest kwestia zachowania dziedzictwa kulturowego. Dlatego też udział Szanownych Państwa w formie pisemnej bądź telefonicznej być może mógłby powstrzymać władze od niszczenia zabytków miasta. Bliższe informacje o zniszczeniach w Grodnie można znaleźć na stronie www.harodnia.com Oprócz tego informacji udzielają następne osoby: Alesia Sidliarevich (w języku angielskim, lesasid@yahoo.com), Felix Ackermann (w języku niemieckim, felix@ewropa.net), Jerzy Gordziejew (w języku polskim, jurha@op.pl)
środa, 05 kwietnia 2006
Minęły święta nadziei
W takim mieście na pograniczu, gdzie od dawna prawosławie i katolicyzm się przenikają i prawie w każdej rodzinie są owieczki z tego i z tamtego stada, okres świąt Bożego Narodzenia daje szczególnie dużo nadziei. Na przykład na mniej ciężką pracę. Przecież przez wciąż różniące się kalendarze juliański i gregoriański tworzy się długi okres świąteczny: od katolickiej wigilii po post-radziecki Nowy God alias Nowy Rok do prawosławnej wigilii. A w bardzo nawiedzonych rodzinach lub u wyjątkowo leniwych obchodzi się jeszcze stary Nowy Rok według kalendarza gregoriańskiego, nie wspominając już o Trzech Królach, rekolekcjach i podobnych imprezach. I tak się ma minimum cały miesiąc z głowy. A proszę nie myśleć, że w takim mieście jak Grodno ktokolwiek poważnie pracuje w tym czasie prócz handlarzy, szmuglerów oraz milicji. Co prawda, jest też nadzieja, którą przynosi narodzenie Chrystusa, syna Bożego, który według Nowego Testamentu przyszedł na ziemię, aby wziąć na siebie winę śmiertelnych i wyzwolić ich z własnej niedoli. Będzie leczyć ich rany i obiecuje im całe królewstwo. Nie wiemy, kto dziś w Grodnie po jakiemu wierzy w Ojca wszechmogącego, ale widzimy tłumy ludzi w kościołach jak i w cerkwiach. Czekamy więc i na przełom duchowy, na znak nadziei. Jezusie Chrystusie bądź łaskawy - objaw się nad Niemnem.
Cytaty z przeszłości?
Wy tam w Warszawie przedstawić sobie nie możecie, co to jest dzisiaj Litwa, jak my tu żyjemy. Wbrew wszelkim oczekiwaniom coraz nam gorzej - każdy prawie miesiąc przynosi jakiś dodatek do uprzedniego brzemienia. *
W powietrzu tutejszym jest coś, co dławi. Może też ludzie męczą się tu zbytecznie dźwiganiem - ziarn piasku? Może na dnie duszy wątpią, czy z ziarn tych będzie kiedy góra? I tak trudno znaleźć pomocników do tej roboty lilipuciej, a wymagającej sił wielkich! ** Jak smutnym, martwym, gobowcym jest Grodno. Trzeba tu żyć, aby o tym wiedzieć. Nie idzie za tym, aby przepadło tu wszelkie dobro, tylko że jest ono przywalone tak ciężkim brzemieniem, że ledwie oddycha. Czy brzemię to spadnie, zanim ducha wyzionie ono? W tym zagadka naszej przyszłości i - zdaje się - naszego na tej ziemi istnienia. Zdaje się, że my, obecnie żyjący, na to tylko istniejemy, aby oddech w piersi rodzinnej przechować i zgon jej oddalić - do chwili spadnięcia brzemienia. Jesteśmy jak kariatydy trzymające na barach gmach zamarły i pusty, aby nie runął, dopóki w nim życie zawrzeć nie będzie mogło. Cyz się to kiedykolwiek stanie? Mniemam, że tak, bo niepodobnym jest, aby świat z taką już masą oświaty i humanitarnych idei długo w takim jak teraz bagnie grzązł. Że my jednak reakcji nie doczekamy, to także wydaje się więcej niż prawdopodobnym. *** Z powodu wielu a wielu przyczyn żyć w Ongrodzie znaczy to dla pewnej kategorii ludzi to samo, co żyć w podziemiu. Trzeba umieć obchodzić się bez słońca. **** Grodno jest wyłącznie prześladowane przez fatalizm. Za jednego Batorego, który w nim zmarł, żyją w nim dziesiątki tysięce głupców. **** * Eliza Orzeszkowa do Anieli Sikorskiej 5/17 I 1867. E. Orzeszkowa, Listy zebrane, t. VII, Wrocław 1971, s. 12. ** Eliza Orzeszkowa do Piotra Chmielowskiego 26 I /7 II 1882. E. Orzeszkowa, Listy zebrane, t. IX, Wrocław 1981, s. 76. *** Eliza Orzeszkowa do Edwarda Pawłowicza 3 II 1889. E. Orzeszkowa, Listy zebrane, t. XII, Wrocław 1971, s. 137. **** Jandkowski, Edmund: Eliza Orzeszko. Warszawa, 1964, s. 127. Bez duszy
Przetrwał w Grodnie dom, w którym spędziła ostatnie dziesięciolecia swego życia Eliza Orzeszkowa. Co prawda, raz go rozebrano i przeniesiono kilka metrów dalej. Ale podobno ten kolor niebieski jest taki sam jak sto lat temu, kiedy to pisarka pozytywistka urządziła tu tajną szkołę i bibliotekę publiczną na rzecz polonizacji zrusyfikowanych rodaków. A kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych odrodzenie polskości na utraconych już na zawsze Kresach znów nabrało podobnego rozmachu jak sto lat temu, stworzono w owym domku pokój pamięci, poświęconym "pisarce postępowej", która ze względu na jej sentyment dla biednych była jedyną postacią przedwojennego Grodna uznaną przez sowietów. W sali obok, w czytelni biblioteki uniwersyteckiej, wisi jeszcze radziecka wystawa z roku 1967, w której Orzeszkowa występuje jako wielka rzeczniczka socjalizmu i przebudzenia narodu. W pokoiku pamiątkowym natomiast urządzono dziewiętnastowieczne wnętrze na podstawie starych fotografii, skopiowano płótna, krzesła, umieszczono podarowane książki, gazety i upominki. Zarówno o wygląd sali, jak i o gości dbała pani Ejsmont - niegdyś nauczycielka języka, która z biegiem lat coraz bardziej upodobniła się do samej Elizy Orzeszkowej. A jako, że jest osobą upartą, to nie chciała sporządzić inwentarzu: kto co przyniósł, co należy do biblioteki, a co do Związku Polaków. Nie jest to przecież potrzebne, aby taki pokoik mógł istnieć. Była tak oddana muzeum, że nikt się nie skarżył, choć na Białorusi inwentaryzacja jest obowiązkowa nawet w przypadku pokoików muzealnych, o czym każdy dobrze wiedział. Minął rok bez kłopotów. Pani Ejsmont spokojnie siedziała w fotelu Orzeszkowej i pod świeżymi kwiatkami czekała na gości. Przewinęło się ich tu tysiące. Ale w czasach, kiedy kontrola państwowa zagraża istnieniu wszystkich instytucji, uniwersytet, który jest gospodarzem budynku, zażądał ostatecznie inwentaryzacji pokoiku. Teraz jednak pani Ejsmont już za bardzo nie wiedziała, co od kogo dostała. I po co w ogóle ten szum. Zaczęły się więc niemiłe dyskusje, wskutek których twórczyni tego miejsca odeszła z pracy. Zrezygnowała całkowicie. Zmiany w mieście przemilczano. Pokoik działa nadal, choć bez pani Ejsmont jest jak bez duszy.
Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością
Z Białegostoku można szybciutko za dwa dolary przejechać do Grodna. Trzeba tylko wiedzieć skąd i jak. No i musi się nazbierać wóz do Kuźnicy. Jedzie się wtedy razem z handlarzami z Jurowieckeij srebnym mercedesem, przewożonym w latach osiedemdziesiątych od dobrego wujka z RFN do biednej rodziny w PRL. W latach dziewięćdziesiątych fury się pozbyto, toteż pędzi dziś z rejestracją białoruską 120 kilometrów na godzinę obok sanktuarium do Kuźnicy.
W taki sposób znalazłem się niedawno w błyskawicznym - jak na tę część Polski i na stan kolei - tempie na przejściu samochodowym w Kuźnicy. Wybrałem pierwszy lepszy mikrobusik. Do Grodna? Niech pan wsiada. Kierowca z siwym wąsem uśmiecha się i upewnia się czy na pewno jestem obcokrajowcem.Bo wtedy łatwiej będzie przewozić towar. Z przodu siedzą dwie starsze panie: Ira Petrowna i Alesja Iwanowna. Pierwsza nie kryje od początku, że miała ojca półkownika KGB, więc na granicy zna wszystkich przystojnych i wysoko postawionych oficerów. A druga tylko smutno się wpatruje w krajobraz. Opowiada, że cała rodzina została rozrzucona po byłym Związku Radzieckim, bo dziadek spod Mińska rzekomo był kulakiem. ? Posiadał aż 10 hektarów ziemi. Z tyłu siedzi para kochanków wracających z wycieczki miłosnej po Mazurach. Ona do swego męża i niemowlęcia a on do pracowni malarskiej, bo jak ona tłumaczy, to malarstwo nie jest rzeźbiarstwem. Oficjalnie byli na plenerze rzeźbiarskim, niestety się spóźnili na pociąg, więc mąż już czeka za granicą od kilku godzin. Na kierowcę wszyscy mówią Iwanowicz. Widocznie się zna na biznesie granicznym, bo namiętnie opowiada o tym, gdzie, kiedy i jak kolejka się przesuwa. Nie bacząc na jego nosa mamy pecha. Akurat trafiliśmy na zmianę, co oznacza, że całą godzinę w ogóle nic się nie dzieje. Ira Petrowna jest oburzona. Ale to najwyraźniej u niej stan naturalny. Krzyczy, że ci Białorusini, to podły naród, prostacki, chamski i nieedukowany. To dlatego kolejka się nie przesuwa. Alesja Iwanowna, sama Białorusinka, uspokaja ją. Są starymi przyjaciółkami jeszcze z lat, kiedy razem mieszkały w jednym domu. Poza tym protestu ze strony białoruskiej nie słychać. To już taki los u tego narodu. Ira Petrowna kontynuuje wątek. Iwanowicz zamiast reagować rzuca jeden ze swoich dyżurnych żartów i znów panuje spokój na pokładzie Forda Transit. Aż do momentu, kiedy pytam o sytuację w Grodnie. Z tyłu usłyszę tylko: lepiej nie pytać, jesteśmy w stanie nieodpowiedzialnym. Irze Petrownej natomiast nie brakuje energii, aby stanowczo stwierdzić: a jaka może być sytuacja. Przecież byśmy nie jeździli tak na codzień, jeśli by było normanie. Za Breżniewa, to było życie, ale teraz? To nawet nie jest przetrwanie, to jest wegetowanie, walka z każdym dniem. Takim tonem ona potrafi małą wieczność przemawiać. W międzyczasie dogaduje się z Iwanowiczem. Za notebooka potrzebuję deklerację wypełnić, aby go później wywozić bez cła. Nie ma problemu. Uśmiecha się. I już zrobione. Kiedy więc po polskiej w końcu podjeżdżamy do kontroli białoruskiej, macha papierkiem i mówi: mamy do zadeklarowania cudoziemca i jego notebook. A prócz tego jedziemy na piknik rodzinny, dlatego mamy przy sobie sporo kiełbasy, kilka namiotów i trochę laczków jednorazowych. No to się spojrzał celnik na busik z parą kochanków, starszymi paniami oraz ze mną i stwierdzi, że obowiązkowo trzeba rozładować cały towar oraz wszystkim wypisać deklarację. I tu się ukazuje, że Iwanowicz wział na każdą osobę: pięć kilo kiełbasy, siedem namiotów ze stelażem stalowym, dwadzieścia par laczek pod prysznic, trzy pary spodni męskich, trzy żeńskich, cztery dziecięcych plus sporo cukierków, pierników i herbatników, które Iwanowicz wyciąga z miejsc najbardziej nieoczekiwanych. Kto by pomyślał, że aż tyle wchodzi do takiego Transitu. Kochanka płacze, bo dziecko już tak długo czeka, no i mąż kolejną godzinę za granicą stoi. Ira Petrowna krzyczy: oj ten Iwanowicz to robił nas w konia, jak ja bym wcześniej wiedziała, to bym dzwoniła na granicę, przecież tu pracują koledzy mego syna. Ale tak, to teraz nikt ze znajomych nie ma dyżuru. Cóż z tego Iwanowicza za hochsztapler! Jej koleżanka udaje, że nie przeżywa sytuacji. Ja udaję że się wstydzę, iż to wszystko przez mego notebooka. Iwanowicz upewnia, że nic takiego. Jest blady i cichszy niż przedtem. Kiedy po dwóch godzinach przepakowywania nareszcie dostajemy przepustkę, jest już ciemno. Mąż doczekał się, odwiezie też "kuzyna" z pleneru. Po odejściu pary miłosnej już się zaczyna rozbierucha: analizują naszą furę. Iwanowicz z góry przyznaje, że się zbytnio rozluźnił. Nie wolno się rozluźniać. To jednak sprawa poważna. Podczas gdy Ira Petrowna zaczyna wyjaśniać swoje racje krzykliwym: "Gdybym ja bym o tym wiedziała wcześniej", Iwanowicz skręca z szosy do pierwszej wioski. Tam już czekają na kiełbasę. Młodzi handlarze tymczasem piją piwo. Następny wóz z towarem tuż za nami. W drodze do miasta, kiedy grzechy tego dnia, już wszyscy sobie nawzajem powybaczali, nagle każdy po kolei zaczyna opowiadać o sobie. Iwanowicz służył w Afganistanie, pamięta też dobrze Irak. Jego syn urodził się w Czechosłowacji. Ira Petrowna mówi o tym, jak to było kiedy jeszcze była księżniczką, córką półkownika: złote zęby wstawiali za darmo i nie było kolejek w szpitalach. A Alesja Iwanowna opowiada o mężu, był ratownikiem w Czernobylu, zaraz po awarii. Powiedzieli mu, że potem wódką popić i będzie dobrze. Zmarł sześć lat później, nie skończył wtedy pięćdziesiątki - tak jak jego koledzy. Wszystkie te domki to pieniądze z granicy, tłumaczy Iwanowicz pokazując na nieotynkowane trzypiętrowe budynki przypominające zamki średniowieczne w postradzieckim wydaniu. Nikt dziś w Grodnie może żyć normalnie bez niej. Chyba że jest się biurokratą lub w Armii. A ja już dawno nie jestem w armii, dodaje. Ira Petrowna zastrzega: ale ja nie jadę za pięniędzmi, ja po prostu na zakupy się wybieram, bo u nas wszystko droższe. My to z takiego wyjazdu mamy na rękę cztery dolary i cały dzień z głowy. Wjeżdżając do Grodna Iwanowicz po kolei rozrzuca towar: w jakiś domek jednorodzinny namioty. Laczki do bloku. A dżinsy na podwórko w starym mieście. Tam już czekają handlarze bazarowi. Na koniec odwozimy Irę Petrowną i Alesję Iwanowną, dostają po dwa dolary na rękę za przetrwanie wycieczki i przepisanie na nich towaru. Jak tylko wyszły Iwanowicz wzdycha: Kurwa mać, co za chora kobieta. Chyba nie jest głupia, ale mądra też nie jest. Że tak jej odbiło po tym, że już nie jest księżniczką, to ja mogę sobie wyobrazić, ale nieznośna jest ta jej psychika. Wiesz, z takimi lepiej w ogóle się nie kontaktować. Nauczyłem się w armii jednej rzeczy: cicho siedzieć i myśleć swoje. Ja nie krzyczę na nikogo. Co dziś należy zrobić na Białorusi, to my nie wyjaśnimy na drodze z Kuźnicy do Grodna, to poważna sprawa. A więc należy ją przemilczeć. No cóż, i tak dziękuję. Jak będziesz chciał jechać w tamtą stronę, to zadzwoń, to ja wcześniej załatwię miejsce w kolejce, proponuje na pożegnanie. Odwozi mnie jeszcze pod dom. Tak więc dojechałem za dwa dolary z Białegostoku do Grodna wciągu sześciu godzin. Jak na 80 kilometrów i granicę Unii Europejskiej całkiem nieźle. Nazwiska i imiona zostały zmienione. |